Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

„Odpal kompa i daj lajka XD”, czyli językoznawcy wobec zmian w języku

„Odpal kompa i daj lajka XD”, czyli językoznawcy wobec zmian w języku

Czy językoznawcy nie są zbyt tolerancyjni wobec zmian w języku? A może przeciwnie, są zbyt konserwatywni, wciąż upierają się, że musi być tak, jak drzewiej bywało? Na te pytania, w specjalnym tekście dla www.NAUKA.uj.edu.pl, odpowiada dr hab. Mirosława Mycawka z Wydziału Polonistyki UJ, autorka tekstów, z którymi zmagają się uczestnicy Dyktanda Krakowskiego.

Więcej o nauce?! Dołącz do profilu strony. www NAUKA.uj.edu.pl na Facebooku 

W maju 2016 roku podczas szóstej edycji Wielickiego Dyktanda, znana dziennikarka Krystyna Czubówna zapytała przewodniczącego jury prof. Bogusława Dunaja, jak należy wymawiać słowo biblioteka, czy akcent powinien padać na drugą, czy na trzecią sylabę od końca. W odpowiedzi usłyszała, że oba warianty są dopuszczalne. Słowa te spotkały się z jej dezaprobatą. Czy językoznawcy nie są zbyt tolerancyjni wobec różnych zachowań językowych? – pytała Czubówna. Ponieważ nie jest to głos odosobniony, a nadto został wyartykułowany przez osobę bardzo dbającą o poprawność własnych wypowiedzi, warto zastanowić się nad jego zasadnością.

Ciekawe? Przeczytaj także: Czy wolno śmiać się z umierających dzieci? Moralność dowcipu

Język smartfonowy

Językoznawca powinien mieć wiedzę na temat stanu języka sobie współczesnego, a także procesów, które go ustanowiły. Na mocy zdobytej wiedzy językoznawca może ocenić, które zmiany w języku są korzystne, a które szkodliwe dla skuteczności komunikacji W związku z tym może ze spokojem niektóre innowacje uznać za poprawne w ramach tzw. normy językowej, ale może też zawyrokować, którym trzeba konsekwentnie odmawiać tego prawa, prowadząc jednocześnie kampanię na rzecz ich odrzucenia.

Język jest narzędziem komunikowania się, bardzo wrażliwie reagującym na to, co dzieje się wokół. Jest też wynikiem i przedmiotem wielowiekowego, nieustannego tworzenia się społecznego konsensusu. We współistnieniu tych dwóch bytów, by nie powiedzieć żywiołów, społeczeństwa i jego wytworu, czyli języka, pozycja językoznawcy nie wydaje się specjalnie uprzywilejowana.

Podkreślmy to – każdy język naturalny, a takim jest przecież także język polski, podlega ciągłemu rozwojowi. Najważniejszym czynnikiem tego rozwoju jest zaspokojenie potrzeb nominacyjnych, tj. konieczność nazwania nowych pojęć odnoszących się do nowych rzeczy, zjawisk, emocji powstałych w wyniku zmian cywilizacyjnych. Gdyby trzy dekady temu dotarła do mnie przez jakiś błąd transmisyjny w zakrzywionej czasoprzestrzeni wiadomość od przyjaciółki: "Odpal kompa i wejdź na mój profil na fejsie, zobacz selfie, jakie zrobiłam sobie nowiutkim smartfonem i daj mi lajka XD" poczułabym się co najmniej nieswojo. Inny był wówczas język, bo inna była rzeczywistość. Konkluzja jest oczywista, język jest wiernym towarzyszem i sojusznikiem tzw. rzeczywistości pozajęzykowej. Dając rzeczy nazwę, w pełni uprawomocnia nowo powstały byt.

Co może językoznawca?

Zmiany w języku przebiegają też w innym kierunku. Czasem nieuświadamianą, ale dotkliwie odczuwaną i nasilającą się przypadłością języka jest nadmiar, który utrudnia sprawne i poprawne posługiwanie się kodem językowym. Zważmy choćby na to, że według ustaleń językoznawców praprzodek polszczyzny, tj. język prasłowiański miał pięć deklinacji rzeczownika, z których ostatnia zawierała pięć podtypów, co daje dziewięć paradygmatów, składających się z siedmiu przypadków w trzech liczbach (pojedynczej, podwójnej i mnogiej), co (upraszczając oczywiście opis) daje 189 form przypadkowych. Przymiotnik podlegał dwóm odmianom: prostej i złożonej, a w ramach każdej z nich dysponował formami siedmiu przypadków w trzech liczbach i trzech rodzajach. Daje to możliwość wyboru spośród 126 form. Już te liczby,  pokazują, jakim obciążeniem dla "pamięci operacyjnej" mózgu była tak bardzo rozbudowana fleksja. W trakcie kilkunastu minionych stuleci system jednak uległ, na szczęście, znacznemu uproszczeniu.

Jednym z ważnych mechanizmów upraszczania systemu językowego jest tzw. wyrównanie analogiczne, polegające na zmodyfikowaniu danej formy poprzez dokonanie w niej zmiany na wzór formy innej, równoważnej. Obecnie możemy śledzić proces wyrównania analogicznego m.in. na przykładzie form mianownika i biernika liczby pojedynczej rodzaju nijakiego zaimków to, tamto, owo. Coraz częściej z ust polityków, dziennikarzy i innych osób wypowiadających się publicznie możemy usłyszeć przykłady typu: te zamieszanie, tamte wydarzenie, owe słowo. Są to innowacje mające status błędów fleksyjnych Mechanizm ich powstawania jest oczywisty. Na wzór form przymiotnikowych: to trudne zadanie, tamto pamiętne wydarzenie, owo znamienne słowo wprowadza się końcówkę -e także do form zaimków.

Tak jak hydrolog nie zawróci kijem biegu rzeki, tak językoznawca nie zatrzyma naturalnych procesów rozwojowych języka. Na nic zdadzą się groźby i dekrety...

Można podejrzewać, że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat końcówka -e stanie się dominującą, a jeszcze później wyłączną w formach tych zaimków i proces wyrównania analogicznego będzie zamknięty. Tak stało się z formami celownika rzeczowników żeńskich. W staropolszczyźnie miały one w liczbie mnogiej postać: (komu? czemu?): kobietam, rękam, duszam, drogam. W XVI wieku końcówka -am zaczęła ustępować przejętej z deklinacji męskiej końcówce -om (sąsiadom, wozom), która stała się ostatecznie jedyną końcówką celownika liczby mnogiej wszystkich deklinacji. Z kolei poświadczone jeszcze w Kazaniach świętokrzyskich formy zaimkowe togo, onogo przeobraziły się przez analogię do zaimków miękkotematowych (jego, mojego, naszego) we wtórne: tego, onego, a celownikowe tomu, na wzór jemu, naszemu przeszło w temu.

Dzięki wspomnianym zmianom pamięć użytkowników języka jest mniej obciążona i zmniejsza się liczba okazji do popełniania błędów. Warto podkreślić, że te zmiany dokonują się w sposób naturalny, bez ingerencji językoznawców. Tak jak hydrolog nie zawróci kijem biegu rzeki, tak językoznawca nie zatrzyma naturalnych procesów rozwojowych języka. Na nic zdadzą się groźby i dekrety, jeśli dana innowacja przybierze na sile i stanie się jedynym sposobem mówienia i/lub pisania wszystkich użytkowników języka. Językoznawca może tylko usankcjonować normatywnie taki stan rzeczy. Czy wobec tego grozi nam chaos albo jakieś niekontrolowane sprymitywnienie języka?

Ciekawe? Przeczytaj także: Życie prywatne arystokracji w XVII i XVIII wieku

Ogrodnictwo słów

Przypomnijmy, język jest narzędziem komunikowania się, a w ramach tej funkcji jest równocześnie organizmem samoregulującym się. Innymi słowy w język wpisane są pewne mechanizmy obronne, które blokują szkodzące mu zmiany.  Przykładem może być najbardziej charakterystyczna cecha gwarowa, jaką jest mazurzenie, czyli wymowa głosek sz, ż, cz, dż jako s, z, c, dz. Mazurzenie cechuje gwary mazowieckie, a także większość małopolskich i niektóre śląskie, nigdy jednak nie weszło do języka literackiego. Można to tłumaczyć tym, że mazurzenie tak bardzo upraszcza system językowy, że zakłóca jego komunikatywność. W gwarach mazurzących wyrazy kasza i kasa wymawia się tak samo, tj. kasa; tę samą wymowę mają też np. mocz i moc (moc), żebrze i zebrze (zebrze) itd. Mazurzenie znacząco poszerza zakres homofonii, czyli powiększa zbiór wyrazów brzmiących tak samo, ale mających inne znaczenia. Z punktu widzenia funkcjonalności systemu językowego jest zjawiskiem niekorzystnym, dlatego nie znalazło swego miejsca w polszczyźnie literackiej. Podobnie jest w wypadku zapożyczeń z innych języków, te, które są potrzebne język przyswaja, te zaś, które są zbędne, odrzuca lub po modyfikacji znaczeniowej znajduje dla nich miejsce w systemie leksykalnym. Na przykład, angielskie słowo shop nie przyjęło się, gdyż w polszczyźnie funkcjonuje wyraz sklep o tym samym znaczeniu, natomiast słowo market nie zostało odrzucone, gdyż wyspecjalizowało się znaczeniowo, służąc obecnie do nazywania sklepów samoobsługowych, zwłaszcza wielkopowierzchniowych.

Czy językoznawcy są wobec tego niepotrzebni, skoro język "sam sobą zarządza"? Nie, wręcz przeciwnie. Językoznawcy powinni badać i opisywać język we wszystkich jego przejawach oraz odkrywać mechanizmy jego rozwoju. Powinni także opiniować różne, zwłaszcza kontrowersyjne zjawiska, ostrzegać przed powielaniem niedobrych wzorców i edukować społeczeństwo, by świadomie korzystało z narzędzia, jakim jest język, zgodnie z najlepszymi zasadami komunikacji. Dopóki uzus nie przesądzi o powszechności bądź wyłączności danej innowacji, powinni być rzecznikami regularnych wariantów, zachowując powściągliwość w akceptowaniu zmodyfikowanych form. Nie powinni jednak uporczywie obstawać przy uznawaniu za jedynie poprawne form tradycyjnych, jeśli w toku rozwoju języka inne stały się powszechnymi w wyniku wyrównań analogicznych, choć z kolei nie należy przedwczesnymi decyzjami normatywnymi tych procesów przyspieszać. Wreszcie językoznawcy powinni wpływać na politykę językową, by stwarzać językowi prawidłowe warunki rozwoju.

Wracając natomiast do problemów wymowy, trzeba podkreślić, że ich występowanie jest w języku czymś naturalnym. Stosuje się w odniesieniu do nich pewien margines tolerancji, np. wyraz władca może być wymówiony jako włatca lub włacca, ale nie właca, gdyż nadmierne uproszczenie zakłóca proces odczytania sensu. Słowo biblioteka powinno mieć akcent na przedostatniej sylabie, ale na wzór wielu wyrazów obcego pochodzenia (głównie łacińskiego), np. botanika, galaktyka, bywa wymawiane, zwłaszcza przez ludzi wykształconych, z akcentem na sylabie trzeciej od końca. Taką wymowę uważa się obecnie za dopuszczalną.

Podsumowując, językoznawca nie jest konserwatorem zabytków, ale raczej strażnikiem dobrego rozwoju języka. Jest jak ogrodnik, który nie wycina wszystkiego, co wyrasta bez jego udziału w ogrodzie, ale usuwa tylko te pędy, które szkodzą roślinom i powodują, że ogród dziczeje.

Ciekawe? Przeczytaj także: Otwarte przestrzenie i zajęcia pod palmami. Czy taka może być nasza szkoła?

Tytuł, śródtytuły i pogrubienia pochodzą od redkacji www.NAUKA.uj.edu.pl