Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Dlaczego powinniśmy rozmawiać o (pseudo)teoriach „Wielkiej Lechii”?

Dlaczego powinniśmy rozmawiać o (pseudo)teoriach „Wielkiej Lechii”?

6 czerwca 2018 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim miało miejsce spotkanie dotyczące coraz bardziej popularnych poglądów, że niby jeszcze przed czasami dynastii piastowskiej istniało potężne „Imperium Lechitów”. Czy w ogóle taki temat, bliższy fantasy niż nauce, powinien być podejmowany w murach uczelni?

Więcej o nauce?! Dołącz do profilu strony. www NAUKA.uj.edu.pl na Facebooku 

Zanim spotkanie o Lechitach (UWAGA: zapis filmowy spotkania na dole strony) zdążyło się rozpocząć w komentarzach je zapowiadających pojawiły się wątpliwości. „Po co zajmować się takim tematem?” „To przecież bajka i to skrojona tak nieudolnie, że szkoda na nią czasu”. Autorzy tych opinii sugerowali wprost, że na uniwersytecie nie ma miejsca na dyskusje o zagadnieniach, o których ludzie wiedzą, że są fałszywe? Nie padło jednak wyjaśnienie: jacy ludzie? Naukowcy czy ludzie spoza akademii? Specjaliści czy laicy?

Cafe Nauka Extra, to spotkania, które dotyczą tematów społecznie kontrowersyjnych, zagadnień, o których często wypowiadają się osoby bez odpowiedniej wiedzy, lansując pseudonaukowe teorie i wyjaśnienia. W takim zamieszaniu, głos nauki musi być bardziej słyszalny i podkreślany. Pierwsze z takich wydarzeń poświęcone było tematyce szczepień i szczepionek, po nim przyszedł czas na temat humanistyczno-społeczny, na „Wielką Lechię”.

Pseudonauka – po co ona komu?

- Koncepcja „Wielkiej Lechii” jest fantazją, która w znacznym stopniu bazuje na interpretacji realnie istniejących lub fikcyjnych źródłach pisanych – definiował ten fenomen w trakcie Cafe Nauka dr hab. Marcin Przybyła, archeolog z UJ. – Jest opowieścią o władcach Lechii i ich walecznych poddanych, jest historią polityczną lub bardziej czymś, co udaje historię polityczną. Większość propagatorów teorii lechickiej przyjmuje, że państwo polskie powstało 3000-3500 lat temu.

Jeśli więc jest fantazją i czymś co udaje historię (naukę) – po co ona komu?

Dr Marcin Napiórkowski, kulturoznawca i autor bloga „Mitologia współczesna” określa fundamenty koncepcji pseudonaukowych (w tym i teorii lechickiej) następująco: - Pseudonauka proponuje opowieść o dziejach świata, w której ludzie od początku byli najważniejsi. (…) Jest niezwykle atrakcyjna, bo w miejsce „pustych eonów”, które opisuje współczesna nauka, podstawia „sensowny kalendarz” pełen wydarzeń bezpośrednio związanych z nami. Jeżeli to jeszcze nie dosyć – bo ludzkość to w końcu dosyć spora grupa – możemy ten kalendarz jeszcze ulepszyć! Dlaczego by cała historia nie miała opowiadać o Polakach?”.

Wynika, z tego, że całe zamieszanie z Lechitami polega na wypełnianiu pustych przestrzeni naszej (nie)wiedzy historycznej? To zaspokojenie potrzeby by wiedzieć – nawet jeśli to wiedza na niby; jesteśmy tak cywilizowani i tak ważni, my ludzie, że nie możemy nie wiedzieć! A może wymyślanie i głoszenie tego rodzaju poglądów to potrzeba bycia zauważonym, działania dla wyższych celów, poczucia niedocenienia i ambicji – jeśli tak, to te działania zaspakajałyby potrzeby stricte psychologiczne. A może, patrząc z jeszcze innej strony, to po prostu potrzeba naukowej rozrywki – w tym sensie propagatorzy koncepcji lechickich są naszymi narodowymi Tolkienami?

Fragment pocztu królów Lechii. Zakreślona notka o królu Filanie, zdobywcy Finlandii (sic!)
Za: Tajne Archiwum Watykańskie

Imperium Lechickie jest takie fajne, bo rozpala wyobraźnię. Spójrzmy choćby na poczet lechickich królów – nie przypadkowo Tolkien i jego świat stworów, czarów, walki dobra i zła jest popularniejszy niż artykuły z PubMedu. Taka „nauka”(jak ta o lechickim supermocarstwie) pełna nowych, egzotycznych nazw, brzmiących jakby istniały na obrzeżach Śródziemia lub w opowieściach Marco Polo, bogata w chwalebne czyny i odkrywane wciąż tajemnice - to jest dopiero coś! A ta druga, „nauka naukowa”, ze swoim wiecznym „ale”, „być może”, „nie wiemy na pewno” - w wyobrażeniowym, społecznym kontekście ona brzmi po prostu nudnie! Zieeew!

- Koncepcja „Wielkiej Lechii” jest paranauką – kontynuuje swe rozważania dr Przybyła – i stąd może wydawać się bardziej pociągająca dla czytelników, co nie oznacza, że musi być przez naukę lekceważona - nie jako alternatywa dla dowodzenia naukowego, bo nią nie jest, ale jako zjawisko społeczne. Koncepcja ta czerpie inspiracje z dwóch kierunków badań, które okazały się być ślepymi uliczkami, z archeologii nacjonalistycznej I poł. XX wieku oraz z rasizmu naukowego. Fakt, że oba te kierunki były mocno powiązane z ponurymi wydarzeniami, do których doszło w poł. XX wieku na terenie Europy, sugeruje dużą ostrożność.

I jeszcze raz przywołajmy Marcina Napiórkowskiego. – (…) na scenę wchodzi pseudonauka, cała na biało. I mówi: możesz mieć ciastko i zjeść ciastko. Zachować wszystkie te fajne słowa, których używają astrofizycy, biolodzy i archeolodzy, a jednocześnie znowu wrócić do centrum wszechświata. Wystarczy tylko z pojęć takich jak „genom”, „kwantowy” czy „starożytne kroniki” zbudować całkiem nową konstrukcję. (…) Popularność teorii pseudonaukowych wiąże się z tym, że proponują nam atrakcyjną wizję świata. Jednym z jej elementów jest przywrócenie miejsca słuchacza w centrum wszechświata i historii.

Alternatywne światy

Ale co w tym złego? Jeśli ktoś chce się bawić w historyczno-fantastyczne majsterkowanie – jego sprawa. Jedni zbierają grzyby, drudzy kolekcjonują znaczki, a jeszcze inni…

Roman Żuchowicz, autor książki „Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka” (2018): - Ktoś, kto będzie wierzył w Wielką Lechię nie zagraża niczyjemu życiu ani zdrowiu. Mówiłem już jednak, że strony, na których pojawiają się materiały o Lechii, rzadko bywają poświęcone tylko jej – to przeważnie miejsca poświęcone wielu teoriom spiskowym. Ktoś, kto przekona się do turbosłowianizmu, szybko natrafi na poglądy, jakoby raka powinno się leczyć witaminą C, a dzieci dla ich własnego dobra nie wolno szczepić. Będzie to tym łatwiejsze, że opowieści pseudohistoryczne podkopały u danej osoby autorytet nauki w ogóle – gdy już się przyjmie, że nie można wierzyć historykom, z równą łatwością kwestionuje się ustalenia nauk medycznych i wszystkich pozostałych. Pokierują go w tę stronę również algorytmy działające portalami społecznościowymi i wyszukiwarkami [źródło].

Strona "Tajne archiwum Watykańskie" - Imperium Lechitów i ruch antyszczepionkowy

Marcin Napiórkowski: - Oczywiście bajania o pradawnym Imperium Lechitów można po prostu wyśmiać. Lepiej jednak potraktować je jako ważny sygnał alarmowy. Każdy sukces pseudonauki na jednym polu otwiera jej kolejne przyczółki, infekując publiczność spiskowym sposobem myślenia naznaczonym nieufnością wobec autorytetów i wypaczoną wiarą w „demokratyczność poznania”. Każdy czytelnik uwiedziony opowieścią o „Polsce starożytnej” to potencjalny członek ruchu antyszczepionkowego, tropiciel spisków i wyborca najbardziej zwariowanych ugrupowań [źródło].

Mamy więc dwa niezwykle istotne i groźne wątki, które w lechickim anturażu, otwierają bramy do negowania poznania naukowego (wynikających z tego poznania wniosków, ale przede wszystkim jego metod) oraz tworzenia złożonych konstrukcji pseudonaukowych. W tychże gmachach wiedzy alternatywnej (jak głupio by to sformułowanie nie brzmiało) wiara w starożytne narodowe supermocarstwo współistnieje ze spiskiem koncernów farmaceutycznych, dybiących na nasze zdrowie oraz przeświadczeniem, że tylko naturalne i magiczne metody leczenia dają ludziom zdrowie i powodzenie. Tarot i suplementy diety zastępują rezonans magnetyczny i leki.

„Dzieci. Na jutro referat o królu Filanie”

Pseudonaukowe teorie ze swym brakiem rygoru naukowego, dowolnością wniosków, które często wyprzedzają fakty (najpierw teza, potem fakty i to takie, które ją potwierdzą) i nagłymi, niepopartymi żadną sensowną argumentacją zmianami poglądów (brak konsekwencji) tworzą jeszcze jedno poważne zagrożenie. Choć może brzmi to śmiesznie, działając wg tego rodzaju mechanizmów taka choćby teoria lechicka jest w stanie szybko adaptować się do potrzeb i sytuacji. Czyż nie może się okazać, za chwilę, że znajdą się „dowody” na lechickie odrzucenie poglądów o globalnym ociepleniu albo o tym, że państwo lechickie rozkwitło gdzieś w regionie X, leżącym teraz poza granicami Polski, który wobec tego winien być jak najszybciej przyłączony do macierzy. Taka zmienność jest szczególnie istotna w relacjach między pseudonauką a polityką – która w drodze do władzy potrzebuje, czasem ad hoc, wsparcia ideowego i dodatkowego zaplecza działaczy oraz wyborców.

Szkoły finansowane z pieniędzy publicznych, w których dozwolone jest nauczanie kreacjonizmu.
Kolory kropek oznaczają różne rodzaje szkół. Za: Slate.com, 2014

Wyobraziłem sobie – mówi przywoływany już wcześniej Roman Żuchowicz - że powstaje jakiś układ polityczno-personalny, w którym minister edukacji, działając z politycznego wyrachowania, podejmuje decyzję o tym, żeby do szkolnych podręczników dopisać imperium lechickie jako równorzędną, alternatywną teorię początków państwa polskiego.

Tak właśnie od fantazmatu o chwalebnych czynach królów Lecha, Popiela czy Filana (wg. koncepcji lechickich od niego pochodzi nazwa Finlandia, bo ten właśnie prapolski władca podbił ziemie fińskie – sic!) dotarliśmy do weryfikowania historii, modyfikowania nauczania w szkołach i wielkiej polityki. Jeśli ktoś jeszcze nie dostrzega w tym realnego problemu, warto prześledzić dyskusję i zmiany, jakie w Stanach Zjednoczonych dotyczą wprowadzenia do szkół kreacjonizmu, poglądu, który niby ma uzupełniać naukową koncepcję biologicznej ewolucji, a jest z nią całkowicie sprzeczny.

I choćby dlatego o takich pseudonaukowych poglądach warto rozmawiać na uniwersytetach.

Piotr Żabicki

--------------------------

Ciekawe? Przeczytaj także:

Zobacz video galerię